W poszukiwaniu dotyku i drugiego człowieka




Wiele już mówiło się o tym, że dzisiejsze społeczeństwo to ludzie samotni. Nie mogący odnaleźć siebie nawzajem, kontaktujący się głównie wirtualnie. Teraz jestem starsza, mam mnóstwo przyjaciół i jestem szczęśliwa. Obejrzałam jednak właśnie „Miłość Larsa” z Ryanem Goslingiem. I mam wrażenie, że dobre samopoczucie wielu osób (w tym mnie) wynika ze skrupulatnie zbudowanej linii obronnej przed świadomością samotności.

Tej samej nocy, kiedy oglądałam film śniło mi się, że stałam i przytulałam się do byłego chłopaka. Nie chodziło o niego samego. Mój mózg go wybrał, bo w ten sposób mi się kojarzył. Chodziło o potrzebę przytulenia, na wpół przyjacielskiego, na wpół romantycznego.

Parę lat temu rozpisywaliśmy o singlach i singielkach. O ich sile i odwadze. Dziś piszemy o fałszywej nadziei, że człowiek jest samowystarczalny. Bezludna wyspa jawi się jako niebezpieczna nie przede wszystkim na brak żywności czy schronienia. Ale na brak drugiego człowieka. (I piszę to po rozmowie z człowiekiem, który chciałby zamieszkać na bezludnej wyspie. Uznam, że jest wyjątkiem.)

Lars mówi w filmie, że dotyk sprawia mu ból. Im bardziej chce się go przytulić, tym bardziej cierpi. Mówi, że chronią go warstwy ubrania, dlatego ma ich dużo. Ale przesympatyczna lekarka, która pod pozorem leczenia lalki (którą bohater uznaje za swoją dziewczynę), leczy Larsa, próbuje przełamać jego bariery.

Mam wrażenie, że tak jest w życiu. Współczesnym życiu. Trudniej znaleźć partnera, jesteśmy samotni. Oczywiście, mamy zazwyczaj przyjaciół. Nie jesteśmy samotni dosłownie. Ale nie ma nikogo, kto by otulił ramieniem, w dzień czy w nocy. Aby przetrwać ten dyskomfort, zbudowaliśmy mury. Staliśmy się w pełni samowystarczalni (a przynajmniej tak nam się wydaje, bo bierność może być wyuczona, nie naturalna) i zdusiliśmy w sobie potrzebę dotyku, bo i tak wiemy, że ratunek nie nadejdzie prędko. Jakieś 3/4 (jeśli nie więcej) moich znajomych nie ma chłopaka/dziewczyny. Mamy warstwy ochronne przed świadomością samotności. Lars z kolei kupuje sobie plastikową lalkę.

Pani psycholog. Postać, którą bardzo polubiłam.

Cenię sobie to, że dojrzałam i nie zakochuję się w byle kim. Tylko teraz okazało się, że nie ma w kim. A nie jestem wybredna. Mam tylko dość chłopaków, którzy nic nie robią w życiu. Wiele czynników kulturowych wpłynęło na to, że trudniej kogoś znaleźć:

    • konsumpcja – mamy taki wybór, że wybranie partnera traktujemy jak decyzję zakupową – musi być najlepszy, a jak nie to szukamy lepszego
    • kobiety się uwolniły – wykształciły, odkryły swoją siłę. Faceci zostali w tyle. Niektórym nadal trudno przystosować się do takiej rzeczywistości.
    • internet – miał ułatwić komunikację, a tymczasem zamknął nas w domach
    • miejsce zamieszkania – kiedyś trzeba było wybrać męża z tych, którzy byli w wiosce. Trzeba było się dotrzeć. Teraz szukamy kogoś, kto przystosuje się do nas. A wybierać możemy z całego świata. Teoretycznie.
    • seks skomercjalizowany – jakoś tak wszystko sprowadziło się do seksu i zaspokajania potrzeb fizycznych. Cieszę się na myśl o promowaniu haseł jak slow sex, go slow czy o Sztuce Kochania (zarówno film, jak i książka)
    • liczy się „ja” – mamy teraz tyle możliwości. Tyle pasji. I jest to fascynujące, tylko kiedy tak mocno wybudujemy swój świat, to trudno potem wpuścić kogoś innego do niego
    • brak czasu – a nie? Praca, studia… Kiedy spotykać miłość?

A jak już ją znajdziesz, to nie możecie być razem. True story.

Jest mi dobrze, gdzie jestem w życiu. Ale czasem przypałęta się myśl, którą zamykam głęboko w sobie: chęć wspólnego mieszkania z kimś, stworzenia rodziny. Dlatego nie chciałabym wynajmować sama mieszkania. Tu, gdzie jestem, jest nas łącznie ósemka i zawsze można spędzić czas razem, nie zastanawiając się zbytnio, czy ma się ten czas czy nie.

Jestem szczęśliwa. Tylko czasem się zastanawiam, czy wszyscy znajdziemy swoje bratnie dusze. Czy jeśli już znajdziemy, to czy przypadkiem nie będą już zajęte i na tyle uparte, by tego nie zmienić. Czasem chciałabym być jak Samantha Jones z „Seksu w wielkim mieście”, ale ja szukam miłości.

Oglądałam ostatnio „Sztukę kochania”. Pomimo wielu scen seksu, nie chodziło o obsceniczność, ale o namiętność i bliskość.

Wczoraj zaczęłam czytać nową gazetę G’rls Room. Było tam dużo o seksualności i kobiecym kontakcie z własnym ciałem. Powinniśmy się cieszyć naszą seksualnością. Ale nie ma z kim.


Pisałam w paru momentach w liczbie mnogiej, bo mam wrażenie, że te kwestie dotyczą wielu z nas, jeśli nie większości. A ciebie?

Mogą ci się również spodobać: