Vogue w Polsce. Komentarz społeczny czy rozrzucone ziemniaki po podłodze?




Tak naprawdę nie obchodzą mnie magazyny o modzie. Chciałam jedynie poczuć się jak Carrie Bradshaw, która wolała „kupić Vogue’a, zamiast obiadu”. Twierdziła, że magazyn karmi ją lepiej. Tylko, żeby tak było, muszą się jeszcze w nim ukazywać artykuły.

Vogue Polska w zapowiedziach bardzo inspirował do komentatora społecznego. Już sama okładka wywołała niemałe zamieszanie i to nie na gruncie mody. Zamiast jednak ambitnego magazynu, dorobiliśmy się międzynarodowych… kampanii reklamowych.

Nareszcie to mamy. Reklamy z zagranicy w polskiej gazecie (bo nie wiem, czy wiecie, ale zazwyczaj dostajemy takie biedniejsze wersje). List od redakcji, który zazwyczaj jest na pierwszych stronach, tutaj znajdziemy dopiero na 50. Najpierw musimy przedrzeć się przez reklamy, by potem… znów przedzierać się przez reklamy.

Może to nie jest gazeta dla nas, przeciętnych? Może jest tylko dla tych, którzy interesują się modą? Tylko dlaczego mówienie o niej musi się ograniczać do wstawienia reklamy Gucci?

Oto, co znajdziemy we wstępie:

Praca nad pierwszym numerem trwała kilka bardzo intensywnych miesięcy. Każdy materiał powstał od zera, każdą sesję wyprodukowaliśmy sami. Bo choć to międzynarodowy tytuł, każda edycja na świecie ma być wyjątkowa. Nie ma szablonu.

Kilka miesięcy? Wszystkie z sesji? Naliczyć można ich dwie, trzy jak w przeciętnym Elle.

Nie podoba mi się główna sesja, czyli ta z Anją Rubik. Sam motyw przewodni jest dobry. Polska jest jaka jest: ziemniaki, cebula i człowiek człowiekowi wilkiem. Ale położenie modelki na kilogramie ziemniaków jeszcze nie jest dobrym rozpoczęciem rozmowy na ten temat. Sesja jest zbyt dosłowna. Zamiast grać symbolami, stworzyć artystyczną strukturę, pokazuje nam wszystko na tacy jak w filmiku gimnazjalistów zadanym na lekcję. O co mi chodzi, możecie zobaczyć na przykładzie sesji Emmy Watson dla Vanity Fair.

To, co mnie zawsze irytowało w vougach i tego typu gazetach, to że nie jestem w stanie wizualnie wyłuskać artykułów. Zazwyczaj, kiedy szybko przerzucasz strony, jesteś w stanie zobaczyć, jakie tematy są poruszane w danym wydaniu. Tutaj zaś gdzieś umykają pojedyncze kartki z tekstem.

Reklamy nie mówią o modzie. One tylko sprzedają i wydają się być potężnymi zapychaczami w Vogue. Mam wrażenie, że więcej artykułów o modzie jest w Glamour.

Problem polega na tym, że gdy spojrzę na wydania zagraniczne, to nagle się okazuje, że Vogue Polska aż tak blado nie wypada. Mamy więcej literek, niż flagowe wydanie amerykańskie, w którym już praktycznie o niczym nie piszą. Okazuje się więc, że cały tytuł jest nieco śmiechem na sali.

Polskie wydanie jednak też stawia się samo na celowniku. Z jednej strony chwalą się, ile to nie narobili się przy wydawaniu Vogue’a, z drugiej przez całą gazetę króluje tylko jeden motyw: Juergen zrobił zdjęcie na okładkę, Juergen zrobił sesję z Anją Rubik, Juergen zrobił portrety ludzi kultury. Koniec. Nie wiem, co redakcji zajęło tyle miesięcy, kiedy na innej stronie chwalą się, że fotograf tak szybko zrobił sesję, a te portrety to nawet w pół godziny strzelił i to telefonem! Super.

Pochwalić mogę jedynie za artykuł „Nowa władza” i (bardzo) krótki, ale inspirujący artykuł o Edzie Filipowskim. W pierwszym artykule została poruszona m.in. kwestia molestowania w świecie modelingu. Brakuje jednak rzetelnego wniknięcia w temat, o czym za chwilę.

Dochodzimy również do dualizmu, który reprezentuje każde z czasopism „dla kobiet” (bo Vogue również nie zmienia tej narracji płciowej). Na jednej stronie mamy:

Przywitała nas w czarnych jeansach i granatowym golfie. Nieumalowana, z rozpuszczonymi włosami, naturalna.

by na kolejnej przeczytać:

Już nie tylko z wiekiem na szyi pojawiają się zmarszczki. Młode dziewczyny też mogą je mieć (…). „Najgorsze, co mogę zrobić, to nie dbać o szyję w ogóle”.

Choć Vogue próbuje nawiązać sporadycznie do nienormatywnych typów urody, twierdzi wręcz, że modelki mogą dzielić się swoimi przeżyciami i problemami, bo „dawniej mówiąc prawdę, ryzykowały utratę pracy, wykluczenie. Teraz już nie muszą się tego obawiać”, to zewsząd bombarduje zdjęciami spod Photoshopa.

Vogue Polska nie szokuje, nie przyciąga po więcej. Grzecznie się przedstawia, trochę stoi w kącie. Nie wydam kolejnych 16,90 zł na 5 artykułów (nie na krzyż, po prostu 5), do których jest dołączony cały katalog reklam. Wątpię, że taki format przyjmie się w Polsce, gdzie lubimy płacić za coś konkretnego. Nie dowiedziałam się niczego nowego o modzie, oprócz tego, że bardzo chce moich pieniędzy z portfela. Przykro mi Vogue. Jeśli chodzi o magazyn reklamowy, to numerem jeden jest niezmiennie katalog Ikei.

Vogue próbuje aspirować do komentatora kultury, jednak jest to bardziej śmieszne, niż poważne. Zdanie:

Bez „Vogue’a” moda, kultura, a pewnie i nasze codzienne życie byłyby inne.

bawi. Nie przeceniajmy wpływu tego tytułu. Nie wiem, w jaki sposób Vogue miał wpłynąć na moje codzienne życie, a tym bardziej na szeroko pojętą kulturę. Oczywiście, tytuł ma wyrobioną markę i ma swoje wpływy, ale mam wrażenie, że to wszystko jest trochę wirtualne, istniejące jedynie w świecie blichtru i okładek magazynów. Tu, na ziemi, Vogue nie ma takiego znaczenia.

Najciekawsza jest sekwencja zdjęć z Anją Rubik, wywiadem z Lechem Wałęsą i portretów ludzi kultury. Wymieszane tworzą jakiś obraz Polski i po raz pierwszy oglądając Vogue czuję coś znajomego, do czego oczy same lecą. Przez chwilę czuję energię, której nie da się wytłumaczyć. Choć nienawidzę tej polaczkowatości, ziemniaków pod zlewem obok śmietnika i szarości typowej dla naszego kraju, i choć chcę stąd wyjechać, to jednocześnie ta dziwna mieszanka z etykietą „Polska” mnie tu trzyma.

Nadal jednak będę twierdzić, że sama sesja z Rubik jest zbyt prosta. Wiem, że o to chodziło, bo taka jest Polska. Ale można to pokazać w bardziej zagadkowy sposób.

Vogue musi zdecydować, czym chce być. Jeśli aspiruje do komentatora społecznego, to chciałabym konkretów, zaangażowania. Jeśli chce pisać o modzie, to niech pisze, a nie zalewa mnie reklamami. Jeśli chce pisać o kulturze, to niech to robi, ale wtedy staje się magazynem o kulturze. A jeśli chce takim być, to niech zgłębi się, wedrze porządnie w tematykę. Tak, żeby to miało ręce i nogi, a nie trochę tego, trochę tamtego.

360 stron, z czego na oko patrząc przynajmniej 300 to reklamy. Nie wiem, jakim cudem Vogue osiągnął taki wpływ na świecie. Może kiedyś było więcej treści. Przedzieranie się przez reklamy, żeby dotrzeć do jednej kartki artykułu jest irytujące.

Polska to takie miejsce, w którym nadal dużo się dzieje na poziomie społecznym. Wszystko jest jeszcze nowe i stare jednocześnie. Vogue okładką i migawkami z sesji z Anją robił nadzieję na ukazanie tej polskości, na komentarz, na bycie naprawdę interesującym magazynem. I choć aspirację miał, to postawił na kopiowanie zagranicznych kolegów. Jest jakoś tak mało, nijako. Rozrzucone ziemniaki na podłodze to jeszcze nie komentarz społeczny.

Ostatecznie nasz Vogue przynajmniej chciał być inny. Choć ma tylko te pięć artykułów, to nadal o cztery więcej, niż amerykańskie wydanie. Niestety wyszło jak zawsze – po polsku, czyli przeciętnie.

Mogą ci się również spodobać: