Sabrina, czyli czarownica kontra patriarchat




Postanowiłam obejrzeć netflixową Sabrinę w duchu slow life. Maksymalnie dwa odcinki na raz, ale zazwyczaj jeden. Rozciągałam to doświadczenie, bo ostatnio na grupie Zwierza Popkulturalnengo pojawiła się refleksja, czy to dobrze oglądać ciągiem serial i czy przypadkiem wtedy za szybko nie znika z pamięci. Sabrina ze mną była dosyć długo i dobrze. Ale na końcu pojawił się mały niesmak.

[Uwaga, w poście są spoilery z ostatniego odcinka]

Każdy z odcinków „Chilling Adventures of Sabrina” trwał godzinę i bardzo lubię takie rozwiązania, bo można się serialem nasycić. Jedynym wyjątkiem są dla mnie sitcomy. Pierwszy epizod upłynął mi jednak na dostrzeżeniu, że dialogi były trochę niedopracowane. Zbyt często bohaterowie informowali siebie nawzajem kim są i co robią. Na szczęście później to się zmieniło. Oczywiście, jak pewnie wielu, zastanawiałam się, czy Kiernan Shipka to może jednak pseudonim Emmy Watson 😉 Świat Sabriny mnie wciągał, ale powoli. Tak naprawdę chyba dopiero po trzecim, czwartym odcinku poczułam, że naprawdę przejmuję się tym, co dzieje się w fabule. W sumie nie narzekam, bo pozwoliło mi to wytrwać w postanowieniu, by nie oglądać wszystkich odcinków ciągiem. Udało mi się zachować cierpliwość, a serial budował moją ciekawość stopniowo.

Największą relację z serialem zaczęłam czuć, kiedy zorientowałam się, że jest on tak naprawdę świetną metaforą walki feminizmu z patriarchatem. Sabrina kwestionuje posłuszeństwo Szatanowi, nie chce mu się oddawać (dosłownie i w przenośni). Ten wątek jest podbijany i nabiera większej wyrazistości, kiedy jeszcze główna bohaterka wraz z przyjaciółkami zakłada feministyczny klub w szkole. Wszystko to jest motywowane nienawiścią ze strony grupy chłopców, jaka spotyka jedną z dziewczyn.

Wszystko to wygląda naprawdę super. W dodatku mamy przedstawienie osób homoseksualnych i czarnoskórych, a same ciotki Sabriny też mają pewien wiek. Również sama pani Wardwell jest grana przez aktorkę 52-letnią. Warto pamiętać, że ról dla aktorek w tym wieku za bardzo nie ma. Z kolei mężczyzn nie spotyka taki ageism – na przykład Robert Downey Jr. także ma 52 lata, a gra Iron Mana. Trudno wyobrazić sobie, by superbohaterka była grana przez kobietę w takim wieku, na co się zupełnie nie godzę.

Czarodziejski świat Sabriny był dla mnie coraz bardziej pociągający, ale nagle, w ostatnim odcinku, kiedy spodziewałam się, że feministyczny aspekt serialu nabierze rozmachu, upada on z impetem. Oto Sabrina, by ratować swoje miasteczko, oddaje swoją duszę Szatanowi w zamian za moce i dzięki temu spala 13 czarownic z Salem, które nawiedziły mieszkańców. Dlaczego mam z tym problem?

Rozumiem, że Sabrina zrobiła to z wyższych pobudek, dla dobra ogółu, a nie dla siebie. Jednak w kontekście całego serialu, najbardziej razi spalenie czarownic. Polowanie na czarownice, które odbyło się kilka wieków temu, jest pewnym symbole patriarchalnej władzy. Choć również mężczyźni byli oskarżani o czary, a czasem same kobiety donosiły na inne kobiety, polowanie w dużej mierze było odzwierciedleniem patriarchalnych relacji w społeczeństwie, a czarownice z Salem są stawiane w roli ofiar, a nie sprawców. Nawet słowo wiedźma oznacza po prostu
„kobieta, która ma wiedzę”. Czary są przypisywane w dużej mierze kobietom. Dlatego, kiedy czarownice z Salem w serialu zaczynają funkcjonować jako wróg, a Sabrina, kobieta i feministka, je spala, coś zaczyna się mieszać z symboliką.

Wiem, że serial powstał na podstawie komiksu i przyznaję, że nie wiem, jakie było rozwiązanie w oryginale. To nie oznacza, że nie można było tego inaczej rozegrać. Być może, o to chodziło twórcom, by wylać to wiadro wody na widza i żeby obejrzał drugi sezon zaciekawiony, jak scenarzyści naprostują tę sytuację. Serial kończy się po prostu tym, że Sabrina staje się służebnicą Szatana, a cała walka z patriarchatem bierze w łeb. I co dziwne, bohaterka wydaje się być zadowolona z tego stanu rzeczy. Dlatego, choć jestem wkurzona na zakończenie, to obejrzę drugi sezon, bo jestem bardzo zaintrygowana. Być może taki był cel twórców.

Pomijając zakończenie, serial naprawdę mi się podobał. Nie jest arcydziełem, ale zrobiono przy nim wiele pracy nie tylko w warstwie wizualnej, ale także, jeśli chodzi o zwykły research na temat okultyzmu, wierzeń, zaklęć. Tutaj zrobiono wyjątkowo dobrą robotę. Netflix zapowiedział specjalny odcinek Sabriny na Święta i szczerze mówiąc, nie mogę się doczekać.

Słyszałam głosy krytyki, że serial jest oburzający. Ale według mnie narusza pewne tabu, otwiera dialog na sprawy, które społecznie są nie do przyjęcia, np. poligamia. Sama tematyka jest również czymś, od czego na co dzień staramy się odbiegać, nie myśleć o tym, bo to wszystko istnieje gdzieś w sferze „złego juju”. Serial nie zmienił moich wierzeń, ale poruszył do wewnętrznej dyskusji, do zastanowienia się nad pewnymi rzeczami. I choć to tylko fikcja, bazuje ona na rzeczywistych przekonaniach. Czasem warto skonfrontować się z ideami, które są sprzeczne z naszymi i w tym przypadku jest to uzasadnione.

Ostatnia rzecz. Czy przeszkadza mi to, że Salem w tej wersji Sabriny nie mówi? Nie. Ale zdecydowanie jest go tam za mało. Przecież ten czarny kot jest taką ważną postacią. Być może dostanie więcej miejsca w kolejnych odcinkach.

Oglądaliście serial? Znaleźliście w nim coś oburzającego? Bardzo lubię produkcje, w których jest zbudowany ze szczegółami konkretny świat i można się w nim trochę zatopić. Czekam zatem na drugi sezon „Chilling Adventures of Sabrina”.

Mogą ci się również spodobać: