Podróż, która wiele nauczyła mnie o dorosłości. 3 miasta w 2 dni.




Wydawało mi się, że mam bardzo poukładane życie. Jednak cały czas byłam skupiona na tym, co mam teraz. Wróciłam w ostatni weekend do swoich korzeni. Zobaczcie, co się stało.

Długo zastanawiałam się, czy jechać na Black Sabbath – choć bilet miałam kupiony od prawie roku, przygnieciona brakiem finansów, zastanawiałam się nad jego sprzedażą. Od jakiegoś czasu rozmyślałam też nad tym, czy koncerty nie zaczęły mnie męczyć. Z jednej strony je uwielbiam, z drugiej stanie w tłumie przed długie godziny nie należy do najprzyjemniejszych. Przekonałam się jednak, jak bardzo się myliłam.

Cudownym zbiegiem okoliczności na koncert pojechała też moja przyjaciółka i jej mama. Plan wycieczki był więc taki: w ciągu 2 dni miałam przejechać z północy Polski do Krakowa, w nocy do Wrocławia (gdzie mieszka przyjaciółka) i stamtąd po 16 z powrotem na północ. Kocham takie przygody, a ta przypomniała mi jak bardzo. Już przy kupowaniu biletu na pociąg, gdy zobaczyłam „odległość: 625 km” miałam łzy w oczach ze szczęścia.

Przyjechałam pod halę w Krakowie i ustawiłam się w kolejkę. Zobaczyłam, jak bardzo się zmieniłam, otworzyłam. Sama zagadałam do jednego chłopaka i rozmawialiśmy przez dobrą godzinę. Potem przypadkowo spotkaliśmy się zaraz po koncercie.

Sam występ Black Sabbath obudził we mnie w dużej mierze zapomniane korzenie. Choć nadal jestem wielką fanką heavy metalu, moje gusta bardzo się poszerzyły i nie aż tak często jak kiedyś sięgam do tego gatunku.

To wydarzenie obudziło we mnie wszystkie cząsteczki, które uśpiły się jakoś w procesie wchodzenia w dorosłe życie. Stres w pracy, mieszkanie w zupełnie innym miejscu, niż w okresie nastoletnim i nieco inne życie, niż kiedyś (o wiele intensywniej myśli się o sprawach z cyklu „za co zapłacę czynsz” czy „Boże, znowu do pracy”) wpłynęło na to, że zapomniałam kim naprawdę jestem. W procesie wchodzenia w dorosłość próbujemy definiować się na nowo. Już wiem, dlaczego dorośli zapominają, jak być dzieckiem.

W trakcie koncertu wróciłam ja. Nauczyłam się jakiś czas temu otwartości, ale dźwięki ukochanej muzyki i cała atmosfera pozbawiły mnie ograniczeń – w pozytywnym sensie. Tańczyłam skakałam i machałam głową (headbanging!) i darłam się wniebogłosy. Po raz pierwszy (w życiu!) czułam się tak swobodnie i prawdziwie.

To jednak nie wszystko. Oprócz fantastycznego koncertu (nie byłam na lepszym, a byłam na wielu) pojechałam do Wrocławia, w którym mieszkałam 15 lat. To tutaj dorastałam i zaczęła się moja fascynacja muzyką metalową. Początek przypada na okres gimnazjum, które zresztą mogłam zobaczyć przy okazji tego wyjazdu. Wróciłam do znanych mi miejsc, a ponieważ miałam ogromną uważność, chłonęłam wrażenia jak gąbka. Zrozumiałam, że to wszystko, to przecież jestem ja!

Znowu spałam u mojej przyjaciółki, z którą widzę się raz na rok ze względu na ilość naszych zobowiązań (!) na miejscu. Nie byłam u niej z 3 lata. Spędziliśmy noc i dzień na rozmowach. Znowu było jak za starych czasów. Ale stare czasy były chwilą obecną. Teraz, o wiele dojrzalsze i na innym etapie życia, czas było włączyć poprzednie doświadczenia do tego, co jest teraz.

Powrót do domu nie był bolesny. Silna wróciłam, by lepiej ukształtować swoje życie. Rozpierała mnie taka energia, że choć po koncercie położyłam się spać o 4 w nocy, od 8 już się budziłam. Cała podróż była dla mnie tym jednym z przełomowych wydarzeń, po których zmienia się nasze myślenie.

Przepełnia mnie w tej chwili niesamowite uczucie. Kilka dni przed wyjazdem dużo myślałam o pracy. Czytałam o slow life i w swoich przemyśleniach doszłam do wniosku, że za bardzo definiujemy się przez zawód, który wykonujemy. Zapominamy o swoim JA. Niby jest, niby się spełniamy, a jednak brakuje czegoś do całości. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, że ten wyjazd będzie miał na mnie taki wpływ.

Sprawdziło się to, w co wierzę, czyli że życie popycha nas najczęściej we właściwą stronę i ma dla nas przygotowane odpowiednie lekcje. Ta podróż była dopełnieniem moich ostatnich przemyśleń. Nie jestem kelnerką, choć spędzam w pracy 3/4 tygodnia. Jestem fanką heavy metalu, kochającą koncerty i szalone wyjazdy. Jestem pisarką, filmowym fascynatem. Mam odpowiednie doświadczenie, by zajmować się tym, co kocham i nikt nie będzie mi mówił, że wiem za mało, że potrzebuję jeszcze tej magisterki, aby coś osiągnąć. Chcę być bliżej muzyki i towarzyszyć młodym zespołom. Zająć się nareszcie organizacją koncertów.

Powinnam przede wszystkim spełniać swoje pasje i przełożyć je na zawód. I choć to robiłam, teraz mam motywację, by bardziej wychodzić z własną inicjatywą, niż szukać kolejnego średniego stanowiska. Inaczej nigdy nie będę zadowolona. Chcę poszukać innych możliwości, dzięki którym będę się realizować w pełni, a nie tylko w części lub w ogóle. Teraz już wiem, kim jestem w tej „pełni”. Nie czuję już takiego dziwnego zagubienia w dorosłości. Wiem, dokąd zmierzam.


Jakie są wasze doświadczenia z dorosłością? Udało się wam w nią łagodnie wejść czy musieliście z czegoś zrezygnować?

Mogą ci się również spodobać: