Patti Smith i hygge




Dzisiaj ostatni dzień Świąt. Dobrze, że mamy jeszcze sylwestrowy wieczór i postanowienia noworoczne. Nigdy ich szczególnie nie lubiłam, teraz zinterpretowałam po swojemu, jak wszystko. Czytam artykuł o hygge – duński przepis na szczęście. Ci, którzy oskarżają popularyzatorów hygge o konspirację, chyba nigdy nie czuli się szczęśliwi. Czytam również książkę Patti Smith. Uświadomiła mi, że zapomnieliśmy złożyć życzenia Jezusowi z okazji jego urodzin. Pewnie moja podświadomość wspomina o tym w nagłówku postu, żeby zdobyć więcej kliknięć.

Tu, w mojej twierdzy, w moim pokoju oświetlonym światełkami i świeczkami, hygge jest od roku. W moim życiu hygge jest od kilku lat. Nie znałam tej nazwy. Hygge jest po prostu esencją życia, szczęśliwości. Leżałam na podłodze z moim kotem, słuchałam jak kwili półroczne dziecko z pokoju obok, siedzę na bujanym fotelu i czytam gazetę. Wiem na czym polega życie i to jest moja siła.

Codzienność mnie czasem nudzi, ale jestem za nią wdzięczna. Wszechświat dał mi wspaniałe miejsce w świecie. Staram się je jak najlepiej wykorzystać. Często się ostatnio gubiłam, ale już wiem, co i jak. Chcę zaprzeczać społeczeństwu konsumpcyjnemu, które ciągle poszukuje lepszej wersji wszystkiego, również siebie. Świadoma, że życie to ciągły rozwój, dziękuję za każdy moment, bo w każdym z nich jestem taka, jaka właśnie powinnam być w danym czasie.

hygge

Na zewnątrz jest wichura. Skuliliśmy się wszyscy w kuchni. Nie mogę już nic więcej zjeść. Popijam wszystko colą. Spisuję te wspomnienia, chociaż lepiej by było w tym uczestniczyć. Dlatego coraz mniej wierzę w media społecznościowe. Możliwość kontaktu, zarobku… Są całym naszym światem, ale to nie jest ten prawdziwy świat. W domu automatycznie nie pamiętam o facebooku. W wynajmowanym pokoju, w wielkim mieście nagle zatapiam się w filmiki na youtubie, w godzinne rozmowy ze znajomymi na facebooku. Jestem taka zanurzona. Zautomatyzowana. Zmęczona.

Teraz już na to nie pozwolę. Ten okropny rok już się kończy. Wiele mnie nauczył. Przeorał. Przyszły rok zapowiada się tak cudownie. Czuję to całą sobą. Będę mieć 23 lata, a 23 to moja szczęśliwa liczba. Chcę, żeby każdy dzień był spełnieniem. Chcę pamiętać, co robiłam wczoraj. Nie chcę by moje dni były zlane w nudną całość.

Poza tym, nie chcę mówić „chcę”. Już nie planuję, ale działam. Po raz pierwszy nie jestem daleko od tego, kim bym chciała być. Jestem taka, jaka chciałabym być. Nie szukam na siłę lepszej wersji siebie. Nie chcę być jak Patti Smith. Przecież mogę robić to, co chcę. Nic mnie nie blokuje, tylko mój umysł. Mam wszystko, co trzeba. Jestem artystką, poetką.

W domu…

Wszechświat wszystko zaplanował. Czasem zmienia swoje zamysły. Wydaje się, że chyba wszystko jest po coś. Nie mam dzieci, które chciałabym mieć i innych rzeczy. Ale wszystko jest idealnie. Tak jak powinno być w tym momencie.

Jestem zmęczona. Od pół roku się nie wysypiam. Ale teraz wszystko już będzie okej. Już wszystko wraca na prostą. Witamy wspaniały 2017 rok, żegnamy męczący 2016 rok.

Wracam do swojej rodziny. Do swojej książki Patti Smith. Hygge już jest ze mną dłużej, niż zawsze bywało. Ucieka rzadziej, prawie już w ogóle. Jeszcze pewnie będzie mnóstwo złych momentów. Ale nie teraz, nie w przyszłym roku. Trochę mówię odważnie, ale mam takie przeczucie, że Wszechświat spogląda już na mnie łagodniej.

A z okazji wczorajszych urodzin Jezusa, chciałabym mu życzyć wszystkiego najlepszego.

Ciao!

Mogą ci się również spodobać: