Czy jesteś w stanie ocenić swój poziom szczęścia?




Ostatni miesiąc był dla mnie dosyć ciężki. Ale jeśli porównać go z życiem wielu innych ludzi, wcale nie jest tak źle. Dzisiaj przeżyłam apogeum swojego smutku, a następnie katharsis. Niezastąpioną zawodniczką okazała się moja mama, która przytaczając jeden cytat, zainspirowała mnie do napisania tego postu. Czy jesteśmy w stanie ocenić swój poziom szczęścia, skoro mamy skłonności do myślenia katastroficznego?

Zmieniłam pracę, by żyło mi się lepiej i dostatniej. Niestety bardzo się rozczarowałam i wracam do poprzedniego zajęcia. W dodatku wypłata dopiero dziesiątego, więc cały wrzesień żyłam z pożyczonych pieniędzy. W dodatku dorosłość w szeroko rozumianym sensie nie jest zbyt łatwa. Podejmowanie decyzji na temat tego, co chcemy robić w życiu, wywiera dużą presję. Czy nie łatwiej byłoby mieć jeden plan i się go trzymać?

Cytat, który zaserwowała mi moja mama, pochodzi z październikowego wydania Wysokich Obcasów Extra. Jest to fragment wywiadu z profesorem Klausem Bachmannem, zatytułowany „Gdzie ja jestem, na litość boską?”. To zdanie idealnie ilustrowało moje rozmyślania w ciągu ostatniego miesiąca. Posłuchajcie:

Wystarczy sobie wyobrazić, że może być gorzej. Ludzie najczęściej robią odniesienia do sytuacji idealnych – gdy argumentujemy, że coś jest prawdziwe, nieprawdziwe, ktoś ma rację, nie ma racji, to zawsze mamy przed oczami idealną sytuację, do której porównujemy sytuację realną. Lepiej tego nie robić, bo nie ma sytuacji idealnych. Młodzi zawsze myślą, że mogą zmienić świat, bo jest zły i trzeba go polepszyć, a ja zawsze próbowałem przekazać córkom, że świata nie zmienią – decydujące nie jest to, żeby stworzyć sytuację, w której jestem szczęśliwy, tylko żeby być szczęśliwym w tej sytuacji, która jest.

szczęście

To niby takie oczywiste. Ciesz się życiem, łap chwilę, doceniaj to, co cię spotyka. Ale kiedy zalicza się porażkę za porażką (a raczej myśli się, że to porażki, bo przecież miało być inaczej), to nieznośna klamra coraz ciaśniej zaciska się na żołądku. Jestem tzw. słoikiem, nie mieszkam w domu, tylko w mieście, w którym studiuję. Bardzo tęsknię za domem, a jednocześnie uwielbiam to miasto, w którym jestem. Mam tutaj blisko kina, teatry, przyjaciół. Mieszkam w ładnym pokoju i mam na miejscu pracę. Przez ostatnie 1,5 miesiąca przeżywałam intensywne roztargnienie. A co jeśli moje plany nie wypalą? A w ogóle to jakie plany, skoro mam ich milion i każdy wydaje mi się idealny, a za 5 minut go porzucam? Grafik w pracy miałam na tyle chaotyczny, że rozregulował mi się mój tryb spania. Przełożeni coraz bardziej mnie irytowali nieumiejętnością zarządzania zespołem. Coraz bardziej tęskniłam za domem, który kojarzy mi się z ostoją spokoju. A tego spokoju zdecydowanie potrzebowałam.

Wyskoczyłam dzisiaj do rodzinnego miasta, bo musiałam przywieźć łyżwy. Od wczoraj bardzo bolał mnie brzuch, ale kiedy usiadłam w pociągu, zszedł ze mnie stres… żeby za chwilę uderzyć z podwójną siłą. Płakałam całą drogę (czyli godzinę), smsując zaciekle do znajomych z pytaniem, czy powinnam wrócić na kilka miesięcy do domu. Kiedy wydawało mi się, że decyzja już podjęta i tak, oto przeprowadzam się z powrotem, mój temperament ostudziła mama.

szczęście

Swój pokój mogłabym porównać do tego. Nie jest źle, co?

Pokazała mi, że mam naprawdę fascynujące życie. Że praca pracą, ale jestem zdrowa i mam talent dziennikarski, który powinnam wykorzystać. Żebym przestała skakać z kwiatka na kwiatek, porzuciła inne plany i skupiła się na tym, co przecież kocham robić. I żebym przestała analizować moją sytuację, tylko cieszyła się życiem. Przytoczyła mi również wspomniany wcześniej cytat. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego pomimo że jestem bardzo pozytywną osobą, zadręczam się ciągłym myśleniem o tym, co powinnam robić. Dlaczego jestem taka chaotyczna. Czy to tylko ja czy moje pokolenie, a może taka domena ludzka? I czy jestem w stanie obiektywnie ocenić mój poziom szczęścia?

Jeszcze do dzisiejszego południa byłam przekonana, że moim miejscem na ziemi jest dom rodzinny i tylko tam zaznam spokoju. Tam, albo w Nowym Jorku. Nigdzie indziej moje życie nie będzie w stu procentach pełne. Bo chociaż staram się myśleć inaczej, to gdzieś z tyłu głowy miałam, że tak naprawdę, to marzę o świętym spokoju. Jak każdy. Tylko że po rozmowie z mamą i wypłakiwania się w ramię (dosłownie), uświadomiłam sobie, że to tylko iluzja. „(…) decydujące nie jest to, żeby stworzyć sytuację, w której jestem szczęśliwy, tylko żeby być szczęśliwym w tej sytuacji, która jest„. Zabrałam z pokoju w domu rodzinnym lampeczki choinkowe i kilka innych atrybutów i postanowiłam stworzyć swoje miejsce na ziemi w tym miejscu, w którym faktycznie jestem. Nie chcę myśleć o sytuacji docelowej. Moja sytuacja jest teraz.

szczęście

Pisanie i Nowy Jork

Jestem szczęściarą, bo mam możliwość realizowania się w tym, co kocham, ale zamiast się na tym skupić, rozglądałam się w okół. A tam nic nie było i to mnie frustrowało. Wróciłam do bazy. Bo moja baza już była szczęśliwa, ale bardzo od tego uciekałam, bo przecież mogłoby być jeszcze lepiej. Ale ta wersja mojego życia nie istnieje. Co mogłoby być jeszcze lepiej? Przecież kocham pisać, więc piszę. Lubię mieć białe meble, więc mam. Kocham filmy, więc mam karnet do kina. I wiele innych. Tylko jakoś nie mogłam tego ułożyć. Nadal cząstka mnie ciągnie do domu, gdzie mam koty i psa. Ale jeśli tam wrócę, to nie ze smutku. Chcę trzymać się planu – tego jedynego – pisania. I potem z tym pisaniem jeździć, gdzie zechcę. Nie ma sensu wyjeżdżać gdziekolwiek, jeśli ma to być ucieczka przed strachem związanym z niepowodzeniem. Trzeba jednak robić to, co się kocha. Inaczej biega się w kółko.

Mój przyjaciel ma bardzo dużo pieniędzy. Ale czy jest szczęśliwy? Odpowiedzi możecie się domyślić.

Od dzisiaj przestaję przejmować się moimi niskimi zarobkami, bo już wiem, że będzie dobrze. Tylko zapomniałam o tym na chwilę. Wszystko wygląda na to, że powinno się teraz ułożyć i nie chcę już gonić za niewiadomym. Kiedy pytam siebie bez czego nie mogłabym żyć, to wiem, że bez pisania.


Nie zobaczysz tego, co masz, jeśli będziesz patrzył zbyt daleko. Warto marzyć, warto mieć plan, ale trzeba się go trzymać. Np. plan półroczny lub roczny. Chęć przekucia wszystkiego w złoto w ciągu tygodnia, przyniesie tylko frustrację.

Trzymajcie się ciepło!

Mogą ci się również spodobać:

  • Ola

    Bardzo pięknie to wszystko ujęłaś 🙂

    • JohnkaLennonka.com

      Super, że Ci się podoba 🙂

  • Uważam, że trafiłaś w samo sedno! Nie powinniśmy idealizować sytuacji i czekać, aż szczęście dopiero przyjdzie, ale dostrzegać szczęście w naszej codzienności.

    Polecam także więcej inspiracji do odnalezienia w sobie szczęścia w http://www.be-master.pl/coachingowy-panel-ekspertow-szczescie