Bohemian Rhapsody – czy można nagiąć prawdę dla efektu końcowego?




Od paru dni słucham w kółko piosenek Queen, a szczególnie nagrania z koncertu Live Aid, który dostał swoje piękne odwzorowanie w filmie „Bohemian Rhapsody”. Mimo precyzyjnych ruchów Ramiego Malika, odtwórcy głównej roli, wersja filmowa różni się od prawdziwej. Nie tylko tutaj nagięto prawdę, o co mają pretensje krytycy. Czy jednak w niektórych przypadkach takie zabiegi mogą być słuszne?

[Uwaga, małe spoilery]

Zanim poszłam do kina, obiło mi się o uszy kilka głosów niezadowolenia na temat „Bohemian Rhapsody”. Nie wdawałam się w szczegóły, nie chciałam sobie psuć odbioru. Nie rozumiałam, co mogło pójść źle w tym filmie, ale w sumie już nie takie rzeczy widziałam. Pełna entuzjazmu ruszyłam do kina po godzinie 11. Tego dnia zakończyłam terapię, miałam uśmiech na ustach i wszystko mi się układało. Lubię chodzić na poranne seanse, ponieważ jestem wtedy taka świeża i daleko mi do ziewania podczas filmu.

Początkowo bałam się, że akcja dzieje się zbyt szybko, umykają szczegóły. Było trochę przeskakiwania w czasie, sklejone fragmenty koncertów z różnych miast. Jednak to wszystko wprowadzało w atmosferę sukcesu Queen i tamtych lat. Im dalej, tym mniej było takich nagłych skoków, więc wszystko się wyrównało, a moje obawy się nie spełniły.

Przed filmem jedyne, co budziło moje wątpliwości, to czy Rami Malek udźwignie taką postać. Nie jest złym aktorem, ale mam wrażenie, że pojawił się w sumie niedawno. Moje zdanie o nim zmieniło się jednak diametralnie. Sprawił, że oszalałam na punkcie Freddiego. To oczywiście nie tylko jego zasługa, ale jego odwzorowanie delikatności i siły Mercury’ego było po prostu piękne. Jedną z moich ulubionych scen jest moment zaręczyn, kiedy Rami jako Freddie tak intensywnie wpatruje się w Mary Austin i mówi jej te wszystkie piękne słowa. Zakochałam się także w precyzji, z jaką Malek skopiował ruchy Mercury’ego podczas koncertu Live Aid.

Ten koncert na stadionie Wembley, o którym mowa, to po prostu perełka. Został nieco zmodyfikowany, np. nie odtworzono fragmentu z piosenką „Crazy Little Thing Called Love”, ale za to dodano „Love of My Life”, co było bardzo przemyślane i nie razi, pomimo że jest odważne. W końcu ten koncert Queen jest rozważany jako jeden z najlepszych w historii.

Chciałabym wykorzystać ten moment, by zauważyć, jak pięknie zagrali odtwórcy reszty członków zespołów. Gwilym Lee jako Brian May (kropka w kropkę), Ben Hardy jako Roger Taylor oraz Joseph Mazzello jako John Deacon.

Bardzo podobało mi się to, że w „Bohemian Rhapsody” nie rozłożono legendy na kawałki. Nie pokazano scen, w którym Freddie uprawia seks czy innych intymnych fragmentów. Podejrzewam, że byłoby to ku uciesze publiki, ale bardzo rozważnie i świadomie zrezygnowano z czegoś, co mogłoby sprawić, że film stałby się wylewaniem pomyj.

O to w sumie oskarżają twórców krytycy. W filmie w paru miejscach minięto się z prawdą. Ponoć nigdy nie było spotkania, w którym Freddie przeprasza resztę zespołu. Zarzucano, że w filmie karze się legendę za to, co robiła. I tutaj pojawia się problem. Jeśli wyjąć te wszystkie przeinaczenia z kontekstu i pokazać je jako osobne sytuacje, to można by sobie zadać pewne pytania. Jednak, kiedy ogląda się film, sprawia on zupełnie inne wrażenie – daje energie, pokazuje zwycięstwo nad śmiercią, bo Freddie Mercury żyje w muzyce, którą stworzył, obraz jest pięknym hołdem dla zespołu i jego wokalisty. Nie ma się wrażenia, że film w jakikolwiek sposób dyskredytuje to, kim Mercury był i co robił. Widzimy go razem z zaletami i wadami i nadal wielbimy. Film w przepiękny sposób przybliża to, jaki Freddie był. Nie tylko umięśnionym mężczyzną, ale niezwykle wrażliwym człowiekiem. Wszystkie krytyczne opinie o „Bohemian Rhapsody” są jak kulą w płot, bo tracą znaczenie, kiedy patrzy się na całość dzieła. A jest to niezwykły obraz.

Przy filmie pracowali także członkowie Queen, więc wydaje mi się, że nawet, jeśli pewne sytuacje nie miały miejsca, to być może dobrze pokazują np. nastrój, który panował w danym okresie w zespole, albo dana scena jest pewnym symbolem zbioru różnych wydarzeń. Jakiekolwiek nagięcia rzeczywistości pojawiły się w scenariuszu, totalnie nie można było tego odczuć w filmie. Wszystko było wyważone, a końcówka „Bohemian Rhapsody”, czyli odtworzenie koncertu podczas Live Aid jest taką petardą, że po wyjściu w kina chodziłam tanecznym krokiem i miałam ochotę śpiewać na całe gardło jak Freddie.

Czasem na potrzeby scenariusza i pewnych zasad prowadzenia akcji, wprowadza się coś nowego lub zmienia fakty. I w tym przypadku wyszło to super. Warto pamiętać, że to nie jest film dokumentalny, tylko fabularny i pewne zabiegi musiały być tu zastosowane, chociażby dla odpowiedniego budowania akcji.

„Bohemian Rhapsody” uważam za film genialny. Jeszcze raz powtórzę – jest przepięknym hołdem. Wcześniej Freddie Mercury był dla mnie bardziej jak postać z opowieści, a nie prawdziwa osoba. Teraz stał mi się niezwykle bliski, zobaczyłam jak wiele mamy wspólnego. Film nie tylko sprawił, że mam totalną fazę na punkcie piosenek Queen, ale mam także ochotę sięgnąć do różnych biografii i pogłębiać wiedzę o zespole. Myślę, że to najlepszy dowód na to, że film spełnił swoją rolą. Niech żyje królowa!

Mogą ci się również spodobać: