Marzę o miesiącu bez internetu, a ty?




Internet to moje narzędzie pracy. Dzięki niemu mogę pracować zdalnie w instytucji kultury, obsługiwać sklep internetowy, wrzucać posty na bloga i rozkręcać moją instagramową karierę. Dlaczego coraz częściej marzę o miesiącu offline?

Od 11 roku życia siedzę przed komputerem. W tym miesiącu mija rocznica. W wieku 24 lat nie mogę wytrzymać 5 minut (ba, minuty!) trzymania myszki lub telefonu, bo dorobiłam się stanu podobnego do zespołu cieśni nadgarstka. Drętwieją mi palce, w całej ręce odczuwam ból. Chwilową ulgę przynosi przerzucenie się nad touchpada, nieudolne używanie drugiej ręki lub nie scrollowanie telefonu kciukiem. Nawet pisanie (i to na ekranie, i to realne) jest dla mnie problematyczne.

Powinnam więc zwolnić, wyłączyć się z internetu. Na mojej drodze stoi to, że cały świat jest online. Moja praca, moja kariera, moi znajomi. Nie byłoby w tym nic złego, jednak bycie w sieci nie jest takie proste dla ciała, ale również dla kształtowania się osobowości. Internet to nie toster, oddziałuje o wiele silniej. Nawet książka czy oglądanie filmu nie wciąga w siebie tak bardzo, jak robi to życie w internecie.

Oprócz fizycznych przeszkód jak moja ręka, najbardziej doskwiera mi to, co dzieje się z moim mózgiem. Odkąd pamiętam żyję z chaosem w głowie. Zero skupienia, słaba pamięć. Jakiś czas temu odkryłam, że to nie wina mojego umysłu, ale tego, co mu serwuję.

O ile spędzenie 2 godzin na aktywnym pisaniu tekstu, szukaniu jakiejś informacji czy nawet zaplanowanej rozrywce jest w porządku, tak kompulsywne sięganie po telefon co kilka sekund, bezwiedne scrollowanie facebooka i instagrama czy godziny (!) spędzone na skakaniu z jednej strony na drugą – to po prostu wprowadza mój mózg w apatię, a ta ogarnia wtedy każde pole mojego życia.

Problemem jest dla mnie również wpływ internetu na moją tożsamość i kształtowanie się relacji z innymi ludźmi. Nie, nie jestem typem, który straszy, że internet jest taki zły, a ludzie powinni rozmawiać ze sobą tylko w realu. Chciałabym jednak spróbować tego drugiego. Nie jest to możliwe, bo wymagałoby mobilizacji wszystkich ludzi, z którymi komunikuję się przez smsy czy messangera. Ale ten koncept pociąga mnie strasznie. Zwolnienie tempa, opowiadanie sobie wszystkiego na żywo, zamiast pisania online z każdą pierdołą. Bycie tu i teraz. Oczywiście listy czy rozmowa przez telefon jest również używaniem przekaźnika, ale nie narzuca się on tak bezpośrednio. Nie zmienia sposobu naszego myślenia, nie transformuje tożsamości. Listy i rozmowa telefoniczna mają w sobie więcej z żywego człowieka.

Łatwiej mi jest, kiedy wysyłam wiadomości z kimś, kogo znam. Jeśli, np. nigdy nie spotkałam tej osoby, albo spotkałam raz i potem rozmawiałam przez facebooka, to ta relacja buduje się jakoś pokracznie. Bazuje na wyobrażeniach na temat tego kogoś, a nie na tym, jaka ta osoba faktycznie jest, co wydaje mi się bardzo niezdrowe.

Media społecznościowe to także ciągłe pytanie o własną tożsamość, co szybko mnie gubi. Nieustanne tworzenie różnych wersji siebie, wybieranie zdjęcia profilowego, zdjęcia w tle, linków piosenek, jakie wrzucę, sposób, w jaki pisze posty, a już w szczególności zdjęcia wrzucane na instagram – to wszystko prowadzi do zadawania sobie niezdrowej ilości pytań o to, kim jestem. I zamiast być sobą, nieustannie kreuję jakiś wizerunek. W realnym życiu też to robię, ale to online różni się m.in. tym, że jest wymuskane do granic możliwości. Ciągłe obcowanie z takimi obrazami oraz porównywanie się do innych może spowodować depresję.

Dosłownie ostatnio po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zobaczyłam, kim tak naprawdę jestem. Zaczęłam wrzucać na instagrama zdjęcia z filmów, sesji itp. z lat 90. Mam dużo pomysłów na własne kadry, ale stawanie przed obiektywem nadal rodzi we mnie niepokojącą liczbę pytań o mnie samą. Zamiast tego chciałabym przestać robić zdjęcia w domyśle na instagrama i po prostu żyć. Chcę zacząć robić zdjęcia dla siebie, ale rozwój mediów społecznościowych i aparatów w telefonach wypaczył moje widzenie.

Jest jeszcze jedna kwestia, być może najważniejsza, którą powoduje bycie online. Bardzo często nie czuję, że jestem. Myśli mam rozproszone, mój nastrój to huśtawka emocji – zalewa mnie tyle bodźców z mediów, a każde z nich porusza inną moją strunę. Ten stan jest u mnie tak częsty, że wydaje się naturalny. Całe dnie mam zorganizowane wokół komputera: rano włączam jogę, potem sprawdzam nawykowo promocję na zalando-lounge, pracuję, obiad jem z serialem, później nie mam już na nic siły, więc marnuję kilka godzin na łażeniu po internecie, na końcu oglądam seriale. Mniej więcej tak to wygląda. I jestem wdzięczna za zepsutą rękę, bo teraz muszę nauczyć się żyć inaczej.

Jeśli chodzi zaś o bycie tu i teraz, to kiedy zamiast kilku godzin na niby rozrywce w internecie poświęcę na realne działania, jak choćby rozpisanie konspektu do pracy magisterskiej – ręcznie, na wielkiej płachcie papieru – czuję się niesamowicie. Zaczynam wtedy dostrzegać otoczenie. Dosłownie, dociera do mnie, gdzie jestem, jakie przedmioty są dookoła mnie i że za okno można gapić się dłużej, niż 5 sekund. Czuję to i wiem, że jeśli przez miesiąc nie miałabym internetu, to odkryłabym prawdziwe życie – że jest coś więcej, jakieś inne emocje, niż zestaw emotikonek.

Rok temu spotkało mnie podobne doświadczenie, kiedy przez złe ustawienia w laptopie przez właściwie miesiąc miałam utrudniony dostęp do internetu. Wiecie, jak to się skończyło? Irytowało mnie, kiedy nie mogłam swobodnie pracować, ale to była drobnostka przy jednym ogromnym pozytywie. Kiedy wracałam do domu, nie włączałam automatycznie komputera, bo wiedziałam, że nie ma sensu. Zamiast tego robiłam wszystko to, co miałam do zrobienia i dzięki temu zawsze miałam wolny wieczór i czas na odpoczynek.

Z jednej strony przydaje się zdrowy rozsądek, ale internet jest tak pochłaniający, że równie dobrze mogłabym mieć telefon przyklejony do ręki. Mam dość tego, że kiedy chodzę na koncerty, nie mogę skupić się na tym, co odczuwam. Że ludzie jednak trochę przestali ze sobą rozmawiać, bo są wpatrzeni w ekrany. Że nie dopuszczamy do siebie takiej zwykłej nudy, pobudzającej kreatywność.

Uwielbiam oglądać filmy i seriale z lat 90. Choć można by wymieniać, że był wtedy kult supermodelek, a dzisiejszy internet pozwala szerzyć feminizm, to zawsze urzeka mnie jedna rzecz. Najbardziej to chyba widać w „Przyjaciołach”. Ten serial kręci się wokół tego, że bohaterowie cały czas się spotykają. Była wtedy telewizja i szał na reklamy. Ale życie było trochę wolniejsze, niż dzisiaj. Pomimo hołdowaniu perfekcyjnej urodzie i sylwetce, to był to także okres mody na nienoszenie stanika, minimalizmu w ubraniach i braku makijażu. Era photoshopa nastała później. Choć dzisiaj mamy silny ruch body-positive, to instagram w większości reprezentuje jednak odmienne poglądy.

Lata 90. to był taki czas spotkań. Nie było internetu w takiej formie, jaka jest dzisiaj. Telefony komórkowe to też wtedy rzadkość. Było życie tu i teraz, a jednocześnie bardzo nowoczesne, najbardziej zbliżone do tego, co znamy dzisiaj. Ale minimalnie wolniej, inaczej. Między innymi dlatego jestem zakochana w tej dekadzie.

Nie chcę idealizować żadnych czasów. Tak naprawdę, choć nienawidzę internetu, to go jednocześnie kocham. Mogę zarabiać dzięki niemu na życie, rozwijać swoje zainteresowania i załatwiać mnóstwo spraw. Stał się on jednak masowym uzależnieniem. Zamiast tylko ułatwiać życie, zaczął je zabierać. Dlatego marzę o miesiącu offline, żeby odkryć, jakie życie jest naprawdę. Tym czasem muszę być nieustannie podłączona.

Czym dla ciebie jest internet? Potrzebujesz od niego odpocząć czy jest dla ciebie naturalną codziennością?

Jeśli podobał ci się ten post, udostępnij go proszę na facebooku. Dziękuję!

Mogą ci się również spodobać: